2005-06-03, ostatnia aktualizacja 2005-06-03 21:03
Monitorowanie kampanii prezydenckiej przez wolontariuszy zapowiedziały wczoraj Fundacja im. Stefana Batorego i Instytut Spraw Publicznych. Podczas dyskusji zorganizowanej w Warszawie paneliści, specjaliści od finansowania kampanii, skrytykowali obowiązującą ordynację prezydencką.
Monitoringowi ma podlegać finansowanie kampanii i wydatkowanie pieniędzy. Przeszkoleni wolontariusze będą zbierać dane zarówno na szczeblu lokalnym, jak i centralnym. Następnie będą one porównywane ze sprawozdaniami komitetów wyborczych. Takie sprawozdania komitety muszą przedstawić PKW w ciągu trzech miesięcy od wyborów.
Furtki korupcyjne
Dlaczego obie te pozarządowe placówki wzięły się właśnie do wyborów prezydenckich a nie parlamentarnych? Grażyna Kopińska, szefowa Programu przeciw Korupcji Fundacji Batorego, uzasadniała to tym, że ordynacja prezydencka ma więcej luk ułatwiających korupcję. Dopuszcza ona finansowanie kampanii przez prywatne firmy, dopuszcza sprzedaż cegiełek. Cegiełki np. to świetna furtka do ukrycia rzeczywistych sponsorów kampanii. Firma może kupić wagon cegiełek, a kandydat, jak wygra wybory, będzie się jej chciał odwdzięczyć. W sprawozdaniu PKW po tej transakcji nie będzie oczywiście śladu.
Ordynacja prezydencka jest wyjątkowo przestarzała i zawiera masę możliwości ułatwiających niektórym politykom nieuczciwe machinacje (przykłady takich furtek wyliczane przez uczestników wczorajszego panelu – patrz obok w ramce).
Badacze obiecali, że opublikują wyniki swoich prac na początku 2006 r., tak aby wnioski z tych badań mogły być wykorzystane do zmian w ordynacjach prezydenckiej i samorządowej. W przyszłym roku bowiem czekają nas wybory samorządowe.
Jak ukrócić nieuczciwe praktyki polityków?
Oczywiście, patrząc im na ręce. Tyle że w Polsce o to trudno. Dominika Wielowieyska, dziennikarka „Gazety”, opowiadała, że dziennikarze mają bardzo utrudniony dostępu do dokumentów zgromadzonych w PKW. Trudno jest więc zweryfikować, jakie dokładnie firmy sponsorowały danego kandydata. Jeśli dwa lata po wyborach okaże się, że prezydent sprzyja firmie A, to nie można sprawdzić w dokumentach, czy ta firma lub jakaś firma od niej zależna nie sponsorowała kampanii prezydenta. PKW tych dokumentów nie udostępnia. – PKW daje wgląd do takich dokumentów tylko organizacjom, które mają w statucie kontrolę wyborów. Tyle że w Polsce żadna organizacja nie ma takiego zapisu w statucie – zauważyła Kopińska.
- Takie dokumenty powinny nie tylko być dostępne. One powinny być dla każdego wyborcy dosłownie w zasięgu ręki – mówił prof. Marek Chmaj, specjalista od prawa wyborczego. Podkreślał, że w Anglii tego typu informacje są tak dalece dostępne dla dziennikarzy i obywateli, że kontrola państwa może być ograniczona.
Paneliści najbardziej liczyli na to, że to dziennikarze będą kontrolować polityków. Na samym początku dyskusji przedstawiciel PKW Krzysztof Lorenz powiedział, że PKW ma bardzo ograniczone możliwości kontrolne. Może badać sprawozdania komitetów, ale nie może zapobiegać patologiom, nie może na bieżąco kontrolować i upominać komitetów. PKW jego zdaniem powinna unikać polityki, bo to może „narazić na szwank autorytet organów wyborczych”. – Nawet zwrócenie przez PKW uwagi komitetowi, że trzeba przestrzegać prawa wyborczego spotyka się z niechętną reakcją komitetu – mówił Lorenz.
I paneliści natarli na PKW. – Jeśli PKW chce przyjaźnie żyć z komitetami, to niech się do nich uda. PKW ma być wobec komitetów ostra. Oni [politycy] muszą się was bać – mówił dr Marcin Walecki, specjalista od finansowania kampanii i partii. – PKW woli nic nie robić niż być uwikłana w konflikt – podsumowała prof. Lena Kolarska-Bobińska.
